Twittergate

Media cenzurują wypowiedzi Trumpa jako "rozpowszechniające kłamstwa".

Myślę, że śmiało można powiedzieć, że napięcie dookoła wyborów prezydenta USA nigdy nie było tak duże jak dziś. Nawet w 2000 roku, kiedy różnica w głosach była tak minimalna, że na Florydzie liczono je ręcznie, emocje nie były tak skrajne.

Huragan emocji wybijają poza skalę nie tylko pandemia, najnowsza nominacja do SN USA, czy wojna handlowa i ogólny kryzys gospodarczy Stanów. Podkręca go również wojna informacyjna na najwyższą skalę.

Bo jak inaczej można nazwać sytuację, kiedy dezinformację rozpowszechnia się za pomocą konta na Twitterze samego prezydenta USA?

Wojna z dezinformacją jest od lat na szczycie priorytetów BigTech. I pomimo (często zasadnej) krytyki, nie można odmówić im, że zrobili wiele. Długo byłoby przytaczać wszystkie środki zaradcze wprowadzane z większym i mniejszym sukcesem przez portale społecznościowe. Do tej pory jednak osobiste profile absolutnej czołówki polityki pozostawały jakby poza kontrolą. Najbardziej jaskrawym przykładem jest tutaj oczywiście sam Trump, któremu w przeszłości zdarzało się ćwierkać niestworzone historie.

Miarka przebrała się 29 maja 2020, kiedy Twitter po raz pierwszy zdecydował się ukrócić tę praktykę i ukrył treść wiadomości prezydenta oznaczając ją jako "promującą przemoc". Od tego czasu podobnych metod użyto w stosunku do Trumpa kilkukrotnie (na tę chwilę widzę 11 takich wpisów z ostatnich dwóch dni).

Działania Twittera zdaje się przełamały pewną granicę w debacie publicznej i zmusiły media do zajęcia stanowiska. Włączenia się w wojnę informacji bezpośrednio. Wczoraj kilka amerykańskich stacji telewizyjnych przerwało transmisję konferencji prasowych prezydenta, tłumacząc to wprost szerzeniem kłamstw.

Nie podejmuję się oceny, czy ćwierkania Trumpa to prawda, czy nie. Cieszy mnie tylko, że media (te stare i te nowe) wzięły sobie nareszcie do serca mądrość Wujka Bena: "With great power comes great responsibility".

Wojna z dezinformacją - Fake News kontratakują

Można umownie przyjąć, że pierwszą demonstracją siły fake news w Internecie była kampania Trumpa i referendum Brexitowe w 2016 . Siła dezinformacji w celach politycznych stała się zbyt wielka i praktycznie wszystkie platformy social media podjęły kroki w kierunku ograniczenia nadużyć.

Kulminacją tego starcia była niejako kampania prezydencka w USA 2020.

Skala wojny informacyjnej prowadzonej o najdroższy fotel na świecie była bez precedensu. Jak to z wojnami bywa, żadna ze stron nie ma monopolu na świętość i każda dopuszczała się nadużyć. Z tym, że jedna ze stron skazana była na porażkę. Bo to BigTech kontroluje jakie informacje pojawiają się na ich portalach.

Bitwa stoczona, ale do końca wojny daleko. Fake news ruszyły z kontrofensywą.

W ciągu ostatniego miesiąca obserwujemy lawinowy wzrost użytkowników alternatywnych platform informacji.

Parler (klon Twittera) - 200.000 (czerwiec 2019) - 4mln (listopad 2020)

Gab.com (klon FB) - w drugiej połowie listopada wzrost ruchu o 400% (7.2 mln UU)

MeWe.com (klon FB) - 10 mln użytkowników, z czego 1 mln zarejestrowanych w ciągu 3 dni od dnia wyborów.

Portale te gromadzą głównie użytkowników o poglądach prawicowych i konserwatywnych. Często zablokowanych, lub ograniczonych w prawach wypowiedzi na mainstreamowych mediach.

Osobiście jestem mocno zaniepokojony tym trendem. Społeczeństwa zachodnie dawno nie były tak głęboko i zaciekle podzielone. Debata publiczna osiągnęła taki poziom dezintegracji, że w niektórych państwach kandydaci rozmawiają w innych miejscowościach, odpowiadając na inne pytania.

Jeżeli trend będzie się pogłębiał, to przed BigTech stać będzie jeszcze większe wyzwanie niż sama walka, czyli zachowanie zaufania do platformy jako takiej.

A im więcej materiału do następnego Social Dilemma, tym ciemniej to widzę...